Jak nie wybierać zajęć dodatkowych dla dzieci

Listopad 9, 2018 edukacja
Uczniowie czują się przytłoczeni nadmiarem szkolnych wiadomości

 

      Miałem napisać artykuł pod tytułem: Jak wybierać zajęcia pozalekcyjne dla dzieci. Czytam i czytam. Edukuję się i sprawdzam, jak inni to napisali. Masło maślane o tym, jak wspaniałą rzeczą są zajęcia pozalekcyjne dla dzieci. Jak to cudownie zapisać dziecko na angielski, plastykę, zajęcia sportowe, szycie na maszynie, jazdę konną i taniec. I mam tego dość. Napiszę to inaczej.

Jak nie wybierać zajęć pozalekcyjnych dla dzieci.

     Kiedy byłem małym brzdącem, który ledwo wyszedł z przedszkola i poszedł do szkoły, doznałem szoku. Jeden z moich kolegów z klasy, płakał wniebogłosy i posikał sobie spodnie ze strachu, siedząc u wychowawczyni na kolanach. Dzisiaj wiem, że cwaniak doskonale sobie zdawał sprawę z tego, co go czeka w szkole. Ja dowiedziałem się tego niedługo później.

     Najbardziej ze wszystkich lekcji lubiłem język polski i WF. WF-u tłumaczył nie będę, bo każdy facet wie, dlaczego się go lubi. Za to język polski uwielbiałem, bo mogłem czytać czytanki na głos i szpanować przed całą klasą, że najładniej czytam. Ba! Nawet Biblię podczas uroczystości pierwszej komunii w kościele czytałem, bo mnie pani katechetka wybrała.

Twoje dziecko nie lubi wystąpień publicznych? Zapisz go do kółka teatralnego!

      A czego najbardziej nie lubiłem? Plastyki. Moje bohomazy na klasowych wystawach bardzo łatwo było odnaleźć. Jeśli coś było pomięte, krzywe, oblepione klejem, potargane, dziurawe… to na pewno było moje dzieło!

Na zdjęciu dziecięcy rysunek i rozsypane kredki.

Zanim zapiszesz dziecko na zajęcia z plastyki, sprawdź czy ma na to ochotę.

      Moja kochana mama, widząc te moje problemy, uznała, że coś z tym musi zrobić. Nie będą takie paskudztwa wisieć z jej nazwiskiem na ścianie. Zapisała mnie więc na dodatkowe zajęcia z UWAGA!  Plastyki! A żebym nie chodził sam, to zapisała też mojego młodszego brata. I tak raźno chodziliśmy na zajęcia pozalekcyjne z plastyki robić bohomazy wspólnie. Na zajęciach przekonałem się dobitnie, że znowu jestem największym beztalenciem w grupie. Tak! Nawet mój młodszy brat lepiej malował górali na szkle niż ja.

      Nie zrażało to mojej mamy. Wciąż płaciła, a my raźnio chodziliśmy, marnując substancje chemiczne, lasy tropikalne no i oczywiście pieniądze rodziców. Aż do sądnego dnia. Czarę goryczy bowiem przelało zadanie typu: „Namaluj swoją mamę”. Pani zaprosiła do szkoły wszystkie mamusie na dzień matki. Kochane mamy miały same siebie odszukać na malunkach. Moja mama udawała, że się nie może odnaleźć, a ja przecież tak dokładnie oddałem plamę siwizny w jej czarnych włosach. Za to nasza wychowawczyni odgadła bezbłędnie i pozostałe mamy także. Zajęcia dodatkowe z plastyki się skończyły.

Artystą to on nie zostanie, ale nie traćmy nadziei, będzie drugim Kasparowem!

      W tym samym Domu Kultury do którego chodziłem na plastykę,  było kółko szachowe i do tego za darmo! Więc zostaliśmy razem z bratem zapisani, żebyśmy wielkimi strategami zostali. Bo to wiadomo – logiczne myślenie, a logika to podstawa (do dziś grywam w szachy z teściem i więcej w tym polityki niż logiki). W każdym razie ochoczo chodziliśmy na zajęcia, a nawet jeździliśmy raz w miesiącu na różne turnieje z naszym szachowym instruktorem. Był to człowiek o wielkim sercu i ogromnej cierpliwości, gdyż przez trzy lata gry w tym klubie szachowym udało mi się tylko raz zremisować partię na turnieju. RAZ! Dziś się z tego śmieję… ale wyobraźcie sobie dziecko, które raz w miesiącu jeździ na turniej szachowy i zawsze przegrywa.

Na zdjęciu chłopiec siedzący na bieżni. Zasłania ręką oczy, prawdopodobnie płacze.

Ciągłe porażki podkopują poczucie własnej wartości.

Szachy nie wypaliły, ale sport na pewno będzie ok! W końcu w zdrowym ciele zdrowy duch.

      Moja kochana mama chlubi się tym, że się nie poddaje. No więc skoro nie szachy, to może boks! Skoro malować nie umie, grać w szachy nie umie, to niech się chociaż walić po pysku nauczy. (W szkole biłem się dość często. Takie czasy były po prostu… Bruce Lee, Krwawy Sport itp., teraz chyba też nie jest lepiej). Moje rodzinne miasteczko słynęło z klubu bokserskiego, który szkolił notorycznych mistrzów Polski, Europy czy Świata (np. taki Adamek). Trening był trzy razy w tygodniu po trzy godziny i za udział w nim dostawałeś pieniądze! Jupi! Profit 1: Nie trzeba płacić za zajęcia. Profit 2: Nie trzeba płacić kieszonkowego! I jak zwykle, mama zapisała mnie razem z młodszym bratem.

      Trening wyglądał tak: Najpierw wbiegnięcie na górę wys. 612 m n.p. m. (no dobra, realnie było „tylko” 300 m). Potem pół godziny „rozgrzewki” – granie w piłkę nożną na hali z dorosłymi bokserami. Do dziś uważam to, za najbardziej niebezpieczny sposób gry w piłkę dla dziesięciolatka. Czy ktoś pamięta taki postapokaliptyczny film „Blood of heroes„? Mniej więcej tak to wyglądało, tyle że bez maczug. Więc: zaprawa – zaliczona, unikanie przeciwnika – zaliczone. Pora na normalne ćwiczenia techniczne, czyli katorżniczy trening bokserski. Oglądaliście film Rocky? Wiecie, co Wam powiem? Rocky Balboa to jest mięczak. Zapiszcie do klubu bokserskiego swoje dziecko. Doskonały pomysł na zrobienie z niego Mistrza Świata, a przy okazji inwalidy. Jak nie fizycznego to na pewno umysłowego (posłuchajcie wypowiedzi topowych bokserów).

      Wytrzymałem całe 3 miesiące, bo fajnie było dostawać wypłatę za treningi, ale nie chciałem brać kasy za obijanie czyjejś buźki. Powiedziałem mojej mamie, że już na żadne zajęcia dodatkowe nie pójdę. Ucieszyła się i powiedziała, że będę miał w takim razie więcej czasu na naukę, zajmowanie się młodszym rodzeństwem i chodzenie do kościoła. Więc cóż… moje plany o wolnych popołudniach spędzonych nad ulubioną książką lub przy grze komputerowej legły w gruzach. Różaniec, roraty, gorzkie żale, rekolekcje czy nabożeństwa majowe, na stałe zagościły w moim kalendarzu zajęć dodatkowych.

A może by tak… wolny wybór?

      Mimo to wciąż zostawało mi trochę wolnego czasu na obijanie się, więc czytałem Bravo Sporty, pisemka komputerowe i zbierałem złom by upgradować komputer do gier. Jakiś czas później sam się zapisałem do klubu piłki nożnej i zostałem podstawowym bramkarzem drużyny.

Na zdjęciu grupka dzieci w strojach piłkarskich cieszy się z wygranego meczu

Dobrze dobrane zajęcia pozalekcyjne sprzyjają rozwojowi dziecka

      Niedługo później miałem już sporo sukcesów na koncie i przez jakiś czas byłem nawet kapitanem drużyny. Hobby, które sobie sam wybrałem, nauczyło mnie wiele i dało mi to, czego potrzebowałem w tamtym okresie swojego życia. Zaś zdolność pracy w zespole, wyszkolona podczas gry w klubie, wiele razy procentowała w mojej karierze zawodowej.

      Później, w wyniku losowego zdarzenia, przestałem grać w piłkę i potrzebowałem innego hobby. Padło na fantastykę. Pochłaniałem książki jak odkurzacz, a później poznałem gry fabularne. Wiedźmin – gra wyobraźni oraz Dungeons&Dragons wryły się w mój nastoletni umysł jak sierpowy Mike’a Tysona w szczękę Andrzeja Gołoty. Zostałem Mistrzem Gry, pisałem scenariusze i opowiadania, które publikowałem w sieci. Zdobywałem też coraz więcej umiejętności, które wielokrotnie przydawały mi się w dorosłym życiu. Organizowałem LARPy, konwenty fantastyczne, budowałem strony internetowe, zakładałem społeczności, słowem – znalazłem Pasję.

Ale jak to? W naszej rodzinie wszyscy są lekarzami, więc moje dziecko też musi nim zostać!

      Cały ten tekst jest o tym, jak nie wybierać zajęć dodatkowych dla dzieci. Drodzy kochani rodzice. Nie wybierajcie zajęć według klucza – moje dziecko wolno biega, więc zapiszę go na biegi. Moje dziecko kiepsko liczy, więc zapiszę go na korepetycje z matematyki. Owszem, to może poprawić oceny dziecka na chwilę. Ale w głowie dziecka na dłużej nie zostanie z tego wiele. Do tego całkowicie zniszczycie u dziecka poczucie własnej wartości, wymagając zbyt wiele w dziedzinach, w których ono nie przejawia zdolności. Pomysł, żeby latorośl realizowała Wasze dziecięce marzenia, też jest chybiony. Dziecko to nie jest masa papierowa, którą rodzic może dowolnie ukształtować ślicznie pomalować i postawić jak laurkę na rodzinnej imprezie. Syn czy córka będą zawsze robić wszystko, żeby rodzicie byli z nich dumni. Często kosztem własnego zdrowia psychicznego i fizycznego. Miłość dziecka do rodzica jest bezwarunkowa i młody człowiek zagryzie zęby, będzie żarł piach, byle tylko otrzymać dumne spojrzenie rodzica.

      Często się mówi: patrzcie na wielkich sportowców – za ich sukcesami stoją rodzice. Spytajmy jednak samych sportowców czy są szczęśliwymi ludźmi? Może w chwili otrzymania złotego medalu tak jest. Ale gdy tylko pojawia się spadek formy, to brak poczucia własnej wartości prowadzi ich na dno i pojawia się doping. W normalnym życiu tym „dopingiem” są dopalacze i narkotyki.

     Dodatkowe zajęcia pozalekcyjne to świetny pomysł, pod warunkiem, że rozwijają one pasje i wrodzone talenty dziecka. Nie zapisujcie dzieci na dodatkowe zajęcia tylko dlatego, że akurat takie są w okolicy. Zawsze sprawdzajcie, czy dziecko cieszy się z chodzenia na te zajęcia. Dobrze jest skorzystać z możliwości tzw. dni otwartych czy z pierwszej lekcji gratis, żeby zobaczyć, jak reaguje dziecko. Jeśli dziecko samo nie pała ochotą chodzenia na zajęcia, to prawdopodobnie jest coś nie tak. Szkoda marnować czas, pieniądze i przede wszystkim, zdrowie psychiczne dziecka.

 

— Marcin